Właściciele ostrowieckich cegielni Władysław Klepacki i Jan Głowacki zostali zaangażowani na początku XX wieku w roli ekspertów komisji do sprawy ratowania kolegiaty św. Marcina w Opatowie i mieli znaczący wkład w jej restaurację.
Działania podjęto po tym, jak zostało zauważone wybrzuszenie muru szczytowego zachodniego, czyli znajdującego się między wieżami. Miejscowy budowniczy ostrzegał przed możliwością jego zawalenia, ale pomimo kilku uchwał parafialnych w tej sprawie, z roku na rok odkładano renowację, ze względu na prognozowane koszty naprawy w wysokości ok. 5 tys. rubli. Obawy uspokajali starsi parafianie, twierdząc, że odkąd pamiętają, ściana szczytowa zawsze pochylona była, ale naczelnik powiatu wraz z budowniczym grozili opieczętowaniem wielkich drzwi
i zabronieniem organizowania procesji wokół świątyni. Niejako pod presją zebrano komisję, do której prócz Dozoru Kościelnego i miejscowych majstrów murarskich, zaproszono budowniczego prywatnego z Ostrowca Jana Głowackiego „któren już poprzednio badał sprawę”, Władysława Klepackiego inżyniera z Ostrowca, a od roku właściciela dworku w Wąworkowie i miejscowego budowniczego powiatowego p. Jakimowicza. Opinie choć rozbieżne co do metody restauracji,
w jednej kwestii były zgodne – odchylenie muru od pionu nie nastąpiło na skutek uszkodzenia fundamentów. Wybrzuszenie prawdopodobnie powstało
w konsekwencji powiększenia okna w ścianie szczytowej. Spośród propozycji usunięcia zagrożenia, co wyceniono na 800 rubli, ostatecznie wygrał podgląd Jana Głowackiego, by zła upatrywać w tym, że „mur dostał brzucha i to jego „wzdęcie” powoduje, że mur się wychyla. Dlatego zaproponował, by „w miejscach ukazawszy takowe, należy częściowo wyrąbać mur, dać nowy i cementem dobrze zalać”. Podgląd ten podzielił Michał Paradowski, majster mularski z Opatowa. Robota trwała miesiąc, majster korzystał z zawieszonego rusztowania, które opuszczał wraz z postępem robót, a za wykonane prace zainkasował 150 rubli.
Opr. TeZ


