|
Relacja Zbigniewa Masternaka z 46. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Karlovych Varach. Na początku lipca wyświetlano tam nakrecony według jego prozy film "Księstwo" w reżyserii Andrzeja Barańskiego.
CHUJI NA VODIE
Do Karlovych Varów wybraliśmy się z Renią autokarem – przez Warszawę i Pragę. Czechy powitały mnie już w Złotych Tarasach - spotkałem M. Szczygła. Zaprosił mnie kiedyś do dyskusji po premierze dokumentu „Czekając na sobotę” – o młodzieży wiejskiej, której się w życiu nie udało. Ja robiłem za wieśniaka sukcesu. Wypytywałem go o Karlove Vary i okolicę. I o Pragę, bo wracając zamierzałem zabawić w stolicy. W pobliżu Karlovch Varów polecił mi miasteczko Loket z średniowiecznym zamkiem, a w Pradze kiełbaski na gorąco w dzielnicy Żiżkov. Niech pan poprosi: „Chuji na vodie”, to bardzo popularne danie.
Autobus był łotewski, z Rygi. Strasznie stary. W środku – Ruscy, Chińczycy, trzech Kałmuków. „Też jadą na festiwal – zażartowałem do Renaty.” Wcale nie było mi do śmiechu, bo Kałmukom źle patrzyło z oczu. Cholera, my z filmem do Europy, a z nami cała Azja wali. I śpiewa, i tańczy - włączyli swoje magnetofony i zaczęła się lista najnowszych hiciorów z byłych republik radzieckich. „Seksulana, nebezpeczna” – podrygiwała podstarzała stewardessa, kontrolując bilety. Kałmucy pili spiryt i rżnęli w karty. „Przemytnicy” – pomyślałem. Była to racja. W Nachodzie drogę zajechała nam policja. Sprawdzili paszporty, potem bagaże. Zabrali Kałmuków z torbami pełnymi fajek.
Na dworcu Florenc w Pradze wreszcie miła niespodzianka – Audi A 6 z szoferem. Zaprzyjaźniliśmy się, bo miał synka w wieku mojego Wiktorka i także kibicował Pardubicom w hokeju na lodzie. W zamian za „Księstwo. Trylogię młodzieńczą” miał być do naszej dyspozycji przez całą imprezę.
Kurort powitał nas deszczem, podobno rzadkim podczas festiwalu. Kiedykolwiek wybierzemy się z Renią na wakacje, przywozimy ze sobą niepogodę. W ubiegłym roku miałem dwa spotkania w Szczytnej koło Kłodzka, jedno wiosną, drugie jesienią. Za każdym razem aura psuła się z naszym przyjazdem i poprawiała, gdy wyjechaliśmy. Nie zaproszą mnie tu więcej.
W Hotelu Olimpia czekał R. Zawierucha, z którym z oszczędności mieliśmy dzielić pokój (ale nie żonę!). Był już nieźle rozeznany w tutejszych realiach, bo przyjechał dzień wcześniej. Poszliśmy z Renią spać, a Zawierucha na jakąś malajską imprezę. Wrócił o północy i wyciągnął mnie do Grand Hotelu PUPP. Chciał mnie poznać Z. Belohlavek, który miał pisać o „Potomku kniżat” (czeski tytuł filmu). Pijąc dobre wino na koszt Dalekich Azjatów krytyk mówił, że bohater „Księstwa” to taki Eugeniusz Oniegin trzeciego tysiąclecia. Padały porównania z kinem moralnego niepokoju, ale o rozszerzonym społecznie tle. To wszystko napisał następnego dnia w „Festivalovym deniku”. Wróciłem do hotelu bez Zawieruchy.
Przy śniadaniu producentka M. Jurczak zapytała, jak się mieszka z Rafałem, bo chyba wczoraj poszedł w tango (to raczej była samba - sprowadził do pokoju Brazylijkę). Zażądałem przenosin. Ponieważ wszystko w mieście było zajęte, z ulgą przenieśliśmy się do przytulnego pensjonatu w miasteczku Loket. Wreszcie mogliśmy zacząć żyć imprezą i Karlovymi Varami. To, co uderzyło mnie najbardziej, to niesamowita przychylność ludzi. Młodych ludzi. Zjechali z całego świata, oblegając centrum festiwalowe w Hotelu Thermal. Spali nawet na trawnikach. Zresztą, całe miasto żyło imprezą - w odróżnieniu od Gdyni. Kiedy wybrałem się na poranny spacer, wszyscy w kawiarniach czytali festiwalowy dziennik z recenzją „Potomka kniżat”.

Zbigniew Masternak w Karlovych Varach
4 lipca o 17.00 mieliśmy oficjalną premierę filmu. Renia złamała na chwilę przed przyjazdem limuzyny obcas i ominął ją czerwony dywan. Przywitały nas tłumy wiwatujących ludzi. Prowadzący wyczytywał nasze nazwiska poczynając od reżysera. Ja byłem trzeci z kolei, to niezły wynik dla pisarza, zwykle autorzy literackiego pierwowzoru mogą sobie takie imprezy pooglądać w telewizorze.
O 19.30 odbył się Polish Coctajl. Poznałem wielu aktorów, reżyserów, producentów i dziennikarzy z całego świata – wszyscy pytali o autentyzm tej historii. Wyjaśniłem, że to prawda w 95 %, co wielu zaszokowało. E. Kincelová ze słowackiej “Pravdy” stwierdziła potem, że jeszcze nie widziała bardziej pesymistycznego filmu. Podobnie napisała B. Hollender w „Rzeczpospolitej” - „Księstwo” to bolesna prawda o wsi – ani realizm magiczny Kolskiego, ani komedyjki Bromskiego. W Warszawie takiej wsi nie znają. I w Gdyni też nie.
Reżyser zbierał należne pochwały, jego żona brylowała w towarzystwie. A mnie spotkało upokorzenie. Oczywiście, dzięki Polakowi. Przywołał mnie paluchem, jak belfer w szkole, dyrektor polskiego Instytutu Kultury w Pradze. Film bardzo mu się nie podobał. Próbował zablokować jego udział w festiwalu, nie zdołał. Bo źle pokazuje Polskę. Wściekły, mówił, że są przecież inne piękne polskie filmy. Jak „Ojciec Mateusz”. Zapomniał, że to przecież serial i w dodatku kalka z włoskiej produkcji. Czułem się jak na dywaniku u dyrektora szkoły po napisaniu czegoś wulgarnego na ścianie w szkole. W końcu się okazało, że nie lubi „Księstwa”, bo zostały tu pokazane Bodzentyn i okolice, gdzie on ma rodzinę i spędził dzieciństwo.
Ostatecznie od gwiazd z Karlovych Varów wolałem kozy wypasające się na skałach zamku w Loket - miały za zadanie wyjadać trawę w niedostępnych miejscach. Co za przepiękny zamek! W moich stronach – w Iłży, Chęcinach, Ujeździe zostały tylko ruiny.
Następnego dnia audica odwiozła nas do Pragi. Obfotografowaliśmy Hradczany i parę mostów. Poszliśmy do lokalu poleconego przez Szczygła. Zapytałem, czy są „Chuji na vodie”, a kelner się wściekł. Kiełbaski z wody to są „utopence”. |